"Spotkanie które daje nadzieje"
Siedziałem dziś na ławce w centrum Radomia, przed kościołem Bernardynów na Żeromskiego, tuż obok pomnika Kaczyńskich. Piękny, majowy dzień. Moja ukochana Ania kończyła pracę za pół godziny — pracuje niedaleko, w szpitalu na oddziale dziecięcym — więc miałem chwilę, żeby po prostu usiąść, odetchnąć i popatrzeć na ludzi.
Obserwowałem spacerujących, rowerzystów, starsze panie szukające restauracji... W tym wszystkim było coś kojącego. Taki zwykły, miejski spokój, który pozwala człowiekowi na chwilę zatrzymać głowę.
I wtedy zobaczyłem jego.
Znajomy z dawnych lat. Młody chłopak, ale w sekundę zobaczyłem w nim siebie z czasów czynnego uzależnienia. Rozbiegane oczy, drżenie rąk , w nozdrzach ślady po niedawnym wciąganiu amfetaminy.
Usiadł obok mnie. Zaczęliśmy rozmawiać — najpierw o byle czym, potem coraz głębiej. W pewnym momencie powiedziałem mu, że 13 lat nie piję i że od roku nie biorę.
Spojrzał na mnie i zapytał, czy naprawdę w to wierzę, że wierzę w normalne życie.
Powiedziałem mu, że zawsze marzyłem o tym, żeby się uwolnić. Że wierzę w to, że dziś mogę nie brać. Że dziś jestem wolny. Że nadzieję miałem zawsze — nawet wtedy, kiedy wszystko inne już się we mnie rozsypywało.
Pokiwał głową. Wstał, pożegnał się. Ale zanim odszedł, zapytał:
"Jakbym kiedyś chciał pogadać… mogę zadzwonić?”
ODPOWIEDZIAŁEM, ŻE TA TAK...
I tak sobie myślę — może on też jeszcze nie stracił nadziei. Może ten jeden majowy dzień, ta jedna rozmowa na ławce, to jedno pytanie… coś w nim poruszyło.
A jeśli tak, to było warto tam siedzieć.
Komentarze
Prześlij komentarz